Obraz „Valvanuz” jest dedykacją, refleksją, pochwałą i przestrogą. 

Opowieść o tym obrazie wydała mi się najwłaściwsza dla obecnie panujących emocji. Historia kobiety w czasach, gdy właśnie o kobietach zaczęliśmy rozmawiać. 

Aż prosi się o to aby dodać: nareszcie!

Czy rozumiemy na jakich zasadach przychodzi żyć kobietom? We własnej próżności sądziłem, że właściwie to nie ma różnic, nie ma nierówności, a na dodatek uważałem, iż wiem doskonale z czym kobiety się zmagają. Życie powoli weryfikowało moją ignorancję, ale na całe szczęście także udzielało mądrych lekcji. 

Jedną z najbardziej dramatycznych okazała się historia mojej przyjaciółki i współlokatorki, Valvanuz ( choć wszyscy mówiliśmy do niej Valva ). Gdy zamieszkaliśmy razem za sprawą dość zabawnych splotów okoliczności, w Valladolid przy ulicy Macias Picavea, poznałem kobietę po trzydziestce, o mocnej osobowości z tendencjami do kontrolowania ludzi. Ilustrującą sytuacją jest pewien wieczór, gdy wracam z zajęć, wchodzę do pokoju a tam… widzę biurko zastawione brudnymi naczyniami. Były tam patelnie, garnki, kubki, inne podejrzane naczynia z dość mało zachęcającą aparycją. No i ten zapach.

Zaznaczę tylko, że naczynia nie były moje. Valva uznała jednak inaczej i postanowiła w taki oto sposób mnie pouczyć co do zasad panujących w mieszkaniu. Smaczków było więcej. 

Nie był to dobry start, trochę nam zajęło znalezienie wspólnego języka. Nie minęło jednak pół roku, a spędzaliśmy razem z resztą ekipy całe popołudnia i wieczory w stylu podobnym do serialu „Friends”. Taka dziwna, trochę niestandardowa rodzinka. Włoszka, astrolożka, Ja, Valva, muzyk, zawodowy model i moja bratnia dusza Laura. 

Ciężko streścić ten okres, zbyt wiele anegdot. Uwierzcie mi jednak na słowo, gdy mówię, że był to dobry czas. 

Valva była kobietą o niezwykłej wrażliwości. Wychowana bez rodziców, przez dwie starsze ciotki, sama wywalczyła sobie studia, świetną pracę, co tutaj dużo pisać… życie. Człowiek, który nie miał łatwego startu, wsparcia a co najważniejsze, mierzy się od zawsze z samotnością. Valva była jedną z tych cichych bohaterek dokonujących niemalże niemożliwego.  

Samotność – to był chyba najdłuższy z cieni jej życia. Bo Valva, choć nigdy nie zwerbalizowała tego dosłownie, najbardziej pragnęła posiadania własnej rodziny. Najprostsza i jednocześnie jakże szlachetna to była tęsknota za miłością. 

Valva nie wierzyła w to, że jej się uda. Ba, uważała, że nie ma szansy na to aby znaleźć sobie faceta. Nie miała w tej materii wielkiego doświadczenia, niemniej jednak udało się. Radość objęła całe mieszkanie, gdy Valva pewnej nocy nie wróciła sama. I od tamtego czasu bardzo rzadko sypiała w samotności 😉

Nie wiem czy mieliście kiedyś okazję obserwować człowieka, który dostał coś na co absolutnie zasługuje? Ciężko mi wyrazić to jak sam byłem szczęśliwy na myśl, że pesymizm Valvy przerodził się w prawdziwą historię miłości.

Nie dłużej niż rok później nasze drogi się rozeszły. Ja podążyłem własną szaloną ścieżką, Valva wraz z jej mężczyzną zrodzonym z baśni, wyprawili się we własną drogę. Wzięli ślub, skromy, kameralny i bez tradycyjnego wesela. Taki… tylko dla nich.

Wisienką na torcie była nowinka o dziecku, którego Valva się spodziewała. Było to o tyle zaskakujące, że jeszcze relatywnie niedawno odnosiła się ona do macierzyństwa jako coś zupełnie jej nie dotyczącego. Pewnie w swoim przekonaniu o czekającej jej samotności, wyparła wizję siebie jako mamy.

 

Valvanuz umarła w trakcie porodu.  

Tak, jej córeczka przeżyła, jest cała, zdrowa pod opieką taty i dziadków. 

Tak, Valva była świadoma zagrożenia. 

Tak, Valva podjęła decyzję o porodzie pomimo ryzyka. 

Tak, ukryła ona ten fakt przed resztą świata. 

 

Ciężki do opisania dramat dla jej męża, dla jej córeczki, która nie będzie miała okazji poznać własnej mamy. Wielka strata dla świata, z którego odeszła piękna dusza. 

Długo nie potrafiłem sobie poradzić z tą historią. Najtrudniejsze było jednak zrozumienie konfliktu w jakim została postawiona moja przyjaciółka.

Bo czy ja oddałbym życia w taki sposób?

Czy będąc w jej sytuacji starczyłoby mi odwagi?

Czy to było właściwe?

Czy…

Pytania wylewały się ze mnie strumieniami. Wątpliwości paraliżowały. Sama bliskość tej historii uwrażliwiła mnie na aspekt życia wcześniej prze ze mnie nieświadomie pomijany. Bo, starając się być zupełnie szczerym, czy jakikolwiek facet realnie stawia się w takiej sytuacji? Osobiście nie przypominam sobie momentu (z przed tej historii), gdy pytałbym siebie: czy chciałbym kiedyś poświęcić moje ciało, mój komfort, wolność, decyzyjność a nawet zdrowie, aby sprowadzić na ten świat życie?

Myślę, że po tej naszej męskiej stronie jest to raczej pytanie: czy chciałbym mieć kiedyś dziecko? W domyśle tego pytania jest oczywiście automatyczne założenie, że z tą skomplikowaną częścią procesu poradzi sobie kobieta. Wiem, że uśredniam, generalizuje i z góry przepraszam wszystkich świadomych mężczyzn, ale takich jest niestety mniejszość. 

Otóż, nie dość, że kobiety żyją w świecie, w którym co dwadzieścia osiem dni natura przypomina im o tym, jakże ich dar jest bolesny; to dodatkowo aby dokonała się magia nastąpić musi niezwykle dramatyczny proces. Tło społeczne, finansowe, psychologiczne, rodzinne… wszystko to dodaje tylko kolorytu i uwypukla przepaść jaka dzieli nas, mężczyzn, od rzeczywistości kobiet. 

Bo czy którykolwiek pan wyobraża sobie, że pewnego dnia, po intensywnych wymiotach i ogólnym hormonalnym szaleństwie, dowiaduje się, iż w jego brzuchu znajduje się zalążek życia? Ten zalążek rośnie, rozdyma ciało, deformuje je, nadwyręża całą wewnętrzną chemię po to by po dziewięciu miesiącach wyjść na świat w nieopisanych męczarniach, krwi i krzyku. A to wszystko ryzykując własnym życiem. Oczywiście przez cały ten czas trzeba uważać na siebie w sposób szczególny.

Jakże komfortowa jest nasza pozycja. Jakże przerażająca jest nasza nieświadomość i ignorancja. Oraz jakże oczywiste jest to, że każda matka jest bohaterką. 

Niewypowiedziane są wszystkie przemyślenia i nieraz szokujące dla mnie, wnioski wynikające z tej smutnej historii. Od zarania dziejów ludzkość przedstawiała życie jako kobietę. Niezliczone oblicza matek rozsiane są po kulturach całego świata, i jeszcze tak niedawno, cały glob oddawał jej należną cześć. 

Schematyczne, czasem prymitywne, niemniej jednak czytelne formy odzwierciedlały dumę, status i wartość kobiecości. Ciąża nie była wstydliwym, niekomfortowym stanem, tylko wyzwaniem. Świętością. Poświęceniem.

 

Rzeczywistość jest brutalna, bezwzględna, pełna krwi, łez i ludzkich dramatów. Dlaczego mamy zatem patrzeć na nie wybiórczo? Dlaczego pewne dramaty nie są opowiadane, a co za tym idzie, nie jest wyciągana z nich mądrość?

Obraz „Valvanuz” jest dedykacją, refleksją, pochwałą i przestrogą. 

Jest jednak przede wszystkim wspomnieniem pięknej duszy o odwadze trudnej do wyrażenia słowem. Jest pochwałą dla heroizmu matek i pomnikiem cierpień tych, które odeszły przynosząc na ten świat życie.