Czasami ogarnia mnie przeogromne wzruszenie. Nie do końca wiem skąd się ono bierze. Zdarzają się dni, gdy wspomnienia splatają się w misterny warkocz z marzeniami, fantazjami i wizjami przyszłości. Wtedy właśnie teraźniejszość jakby wymyka się spod stóp, pozostawiając mnie bez punktu podparcia. Czy się to wam zdarza? Czy może to ja jestem szalony…?

Jakże często podejrzewam samego siebie o szaleństwo. Kawalkada myśli potykających się o logikę, wyginających pod naporem wyobraźni – przejmuje zupełną kontrolę nad postrzeganiem.

Może oszalałem?

Nie znam słów na określenie pewnych emocji. Bo jak określić uczucie radości, gdy obserwuje czyjeś szczęście, a jednak jednocześnie ukazuje się gdzieś głęboko we mnie zazdrość? Nie wiem czy jest coś pomiędzy, czy też po zmieszaniu powstanie barwa już nazwana, ale przeze mnie nieznana.

Tak, często zazdroszczę.

Często są to rzeczy proste, powiedziałbym wręcz błahe, prozaiczne. Zazdroszczę monotonii dzielonej z pokrewną duszą. Rytualnych śniadań, kolacji czy też spojrzeń.

Zazdroszczę wiary, nadziei, czasem naiwności.

Czy tylko ja patrząc w oczy dziecka widzę wolność? Autentyczną, nieskalaną i prawdziwą swobodę doświadczania świata?

Może oszalałem…

Może to już ten czas, gdy nagromadzone wspomnienia przeobrażają się w nieokiełznany potok. Może być i tak, że zwyczajnie boje się kierunku, w który ów nurt mnie popycha?

Pewne jest, że ogarnia mnie wzruszenie. Pełne niezrozumienia i samotności. Podkreślone pojedynczą łzą, uderzającą o uciekający grunt jak młot, szumnie repetujący echem w snach.

Zatem jak… Szaleństwo?